niedziela, 27 października 2013

"Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley

Trzydziestojednoletnia rzeźbiarka Grania Ryan, załamana po poronieniu, opuszcza Nowy York, narzeczonego Matta i wraca w rodzinne strony - do niewielkiego miasteczka nad zatoką Dunworley w Irlandii. Podczas spaceru nad brzegiem morza, w czasie burzy, kobieta spotyka rudowłosą dziewczynkę, w koszuli nocnej, stojącą na krawędzi klifu. Między Granią a ośmioletnią Aurorą Lisle, osieroconą przez matkę mieszkanką dworu Dunworley, szybko rodzi się silna więź. Ten fakt mocno niepokoi matkę Grani, Kathleen, która przestrzega córkę przed znajomością z rodziną Lisle'ów, obawiając się, że w ten sposób powiela wydarzenia z przeszłości, na których bardzo ucierpieli jej przodkowie. Dzięki starym listom z 1914 roku i opowieściom matki Grania dowiaduje się, jak bardzo splecione są losy dwóch rodzin. Nie wie też, jak bardzo zmieni się jej życie.

 "Dziewczyna na klifie" przenosi nas w różne czasy - od pierwszej wojny światowej, okres międzywojnia, po lata 70 XX wieku i współczesność. Odwiedzamy stary dwór w zielonej Irlandii, bombardowany Londyn i współczesny Nowy Jork. Autorka z rozmachem kreśli swoją historię, wprowadza wielu bohaterów, jednych poznajemy lepiej, a inni stanowią jedynie tło. Wątek historyczny był bardzo ciekawy, szkoda, że autorka nie zdecydowała się go bardziej rozbudować. Zdecydowanie bardziej zaciekawiły mnie losy prababki Grani - Marii i jej córek, którym niestety nie udzielono głosu.

Fabuła książki Lucindy Riley przywodzi na myśl powieści Kate Morton. Jest to historia dwóch irlandzkich rodzin, których losy są ze sobą ściśle splecione. Nie zabrakło też dramatycznego, lecz mocno przewidywalnego i miejscami ckliwego wątku współczesnego. Pierwsze sto stron nie zaciekawiło mnie, dopiero przeniesienie akcji w rok 1914 rozbudziło moje zainteresowanie tą historią.  Główną wadą "Dziewczyny na klifie" jest jej przewidywalność i stereotypowość bohaterów. Jedyne co mnie zaskoczyło to zakończenie wątku Aurory.

Pomimo cukierkowatości i pewnymi nieprawdopodobnymi wątkami (np. zostawienie Aurory pod opieką dopiero poznanej Granii) książkę czyta się szybko i przyjemnie. Jest to ciepła historia o miłości, rodzinnych tajemnicach i przebaczeniu. Polecam (choć nie serdecznie i gorąco) miłośnikom powieści obyczajowych. Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik, jako książka z dwutorową akcją.

7/10

16 komentarzy:

  1. Ostatnio coraz więcej się ksiażek spotyka, których akcja toczy się przynajmniej dwutorowo. Całe szczęście nie mam jeszcze dość takich historii, do tego uwielbiam odkrywać rodzinne sekrety, więc tytuł sobie zapiszę. Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Mi też się na szczęście jeszcze nie znudziły :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Chociaż nie przepadam za literaturą tego typu, Twoja recenzja chyba mnie skłoniła do sięgnięcia po tą książkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam ochotę na taką szybką pozycję:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Możliwe, że się skuszę, bo lubię książki, w których bohaterowie odkrywają tajemnice sprzed lat :)

    OdpowiedzUsuń
  5. I kolejna książka, którą chętnie poznam:))

    OdpowiedzUsuń
  6. Trochę przeszkadzała mi ta słodycz i przewidywalność ("Dom orchidei" był pod tym względem bardziej udany, bo pozbawiony tych wad). Natomiast zakończenie mnie też zaskoczyło, i tu plus dla autorki !
    /tommy/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że mam "Dom orchidei" na półce :)

      Usuń
  7. Przyznam się szczerze, że nie lubię czytać książek, w których fabuła oscyluje wokół okresu międzywojennego. Jakoś zdecydowanie bardziej preferuje współczesność, ale z drugiej strony uwielbiam ciepłe historie o miłości i rodzinnych tajemnicach, dlatego może zaryzykuje i dam jednak szansę powyższej pozycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duża część fabuły dzieje się w teraźniejszości, więc myślę, że te kilka rozdziałów o przeszłości nie zrobiłyby Ci różnicy :)

      Usuń
  8. pewnie, że jestem na tak :) przeczytałabym :)

    OdpowiedzUsuń