Po raz pierwszy "Opowieść podręcznej" czytałam 7 lat temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przez kilka lat znakomita powieść Margaret Atwood była praktycznie nie do zdobycia, ale dzięki nowemu serialowi stacji Hulu (w Polsce na platformie Showmax), książka ponownie trafiła na księgarniane półki.
Freda jest Podręczną w Republice Gileadu, dawnych Stanach Zjednoczonych. Jej jednym i najważniejszym zadaniem jest urodzenie dziecka Komendantowi i jego żonie. W czasach malejącego przyrostu naturalnego, kobiety zostały zredukowane do roli reproduktorek. Społeczeństwo jest ściśle zhierarchizowane i kontrolowane. Freda i inne Podręczne pozbawione są wszelkich praw: nie decydują o swoim życiu, swoim ciele, nie mają prawa czytać, nie mają nawet własnych imion. Raz w miesiącu, podczas specjalnego rytuału są zapładniane przez "swoich" Komendantów. Relacja Fredy z jej życia w domu Komendanta przeplatają się z jej wspomnieniami sprzed Gileadu, kiedy jeszcze miała męża, córkę i własne szczęśliwe życie.
Margaret Atwood na kartach swojej powieści stworzyła prawdziwe piekło kobiet. Na niespełna 400 stronach kreuje nowy (nie) wspaniały świat, w którym ciało kobiety zredukowane jest do roli inkubatora. Autorka obnaża obłudę Gileadu i rządzących nim mężczyzn, a jednym zdaniem potrafi uderzyć jak biczem - celnie i boleśnie. Obawiam się, że "Opowieść podręcznej" nigdy nie straci na aktualności, szczególnie w dzisiejszych czasach. Dlatego - dla przestrogi - czytajmy!
To właśnie jedna z tych rzeczy, które oni robią. Zmuszają do tego, by człowiek zabijał sam w sobie.
- "Lepiej" - nigdy nie znaczy lepiej dla wszystkich - mówi. Zawsze dla niektórych jest gorzej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 czerwca 2017
niedziela, 13 kwietnia 2014
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" Agnès Martin-Lugand
Kwintesencją idealnego popołudnia to chwila z dobrą książką i smaczną kawą, najlepiej w dużym kubku. Dlatego gdy zobaczyłam tytuł i okładkę debiutanckiej książki Agnès Martin-Lugand wiedziałam, że muszę ją zdobyć.
Diane ma wszystko, o czym marzy wiele współczesnych kobiet - udane małżeństwo i wspaniałą córeczkę. Wraz z przyjacielem Felixem prowadzi kawiarenkę literacką w najromantyczniejszym mieście świata - Paryżu. Kilka sekund całkowicie zmienia jej życie. Gdy Klara i Colin giną w wypadku samochodowym, Diane czuje, że nie ma po co żyć. Mija rok odkąd kobieta straciła bliskich i wciąż może otrząsnąć się po tragicznych wydarzeniach - nie wychodzi z domu, nie kąpie się, praktycznie nie je. Dzięki interwencji Felixa, pragnąca świętego spokoju Diane wyjeżdża do małego miasteczka w Irlandii, gdzie zawsze pragnął pojechać jej mąż. Zamieszkuje w małym domku, obok niezwykle gburowatego Irlandczyka, Edwarda i odkrywa, że jej życie wciąż ma sens.
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to fenomen wydawniczy. Książkę autorka wydała własnym sumptem w Internecie, a gdy osiągnęła sukces, prawa do jej wydania sprzedano do kilkunastu krajów. Czemu? Do końca tego nie rozumiem, bo historia francuskiej autorki jest dość prosta i banalna, ale może tytuł był na tyle chwytliwy? Szkoda tylko, że niewiele ma wspólnego z treścią książki. Główna bohaterka co prawda kilka razy wspomina o czytanych książkach, ale to by było na tyle, niewiele autorka wspomina również o Le Gens, prowadzonej przez Diane i Felixa kawiarence literackiej. Jeśli szukacie książki o ludziach kochających kawę i książki to tu tego nie nie znajdziecie. Jest to opowieść o powolnym godzeniu się ze śmiercią bliskich osób i powrotem do "normalnego życia".
Głównej bohaterka Diane, na początku budzi litość, później bardziej już irytację, jednak najgorszą postacią wykreowaną przez Martin-Lugard był niesympatyczny sąsiad Diane, Edward. Jego wyjątkowo wrogie zachowanie wobec mieszkającej obok kobiety było bardzo dziwne. Najbardziej stereotypową postacią był korzystający z wszelkich uroków życia przyjaciel-gej Felix. Niestety ani bohaterowie, ani fabuła nie są najmocniejszą stroną tej powieści. W atmosferę zielonej wyspy też niestety nie zdołałam się wczuć. "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to książka przeciętna, nie wymagająca wielkiego skupienia i wysiłku intelektualnego.
Diane ma wszystko, o czym marzy wiele współczesnych kobiet - udane małżeństwo i wspaniałą córeczkę. Wraz z przyjacielem Felixem prowadzi kawiarenkę literacką w najromantyczniejszym mieście świata - Paryżu. Kilka sekund całkowicie zmienia jej życie. Gdy Klara i Colin giną w wypadku samochodowym, Diane czuje, że nie ma po co żyć. Mija rok odkąd kobieta straciła bliskich i wciąż może otrząsnąć się po tragicznych wydarzeniach - nie wychodzi z domu, nie kąpie się, praktycznie nie je. Dzięki interwencji Felixa, pragnąca świętego spokoju Diane wyjeżdża do małego miasteczka w Irlandii, gdzie zawsze pragnął pojechać jej mąż. Zamieszkuje w małym domku, obok niezwykle gburowatego Irlandczyka, Edwarda i odkrywa, że jej życie wciąż ma sens.
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to fenomen wydawniczy. Książkę autorka wydała własnym sumptem w Internecie, a gdy osiągnęła sukces, prawa do jej wydania sprzedano do kilkunastu krajów. Czemu? Do końca tego nie rozumiem, bo historia francuskiej autorki jest dość prosta i banalna, ale może tytuł był na tyle chwytliwy? Szkoda tylko, że niewiele ma wspólnego z treścią książki. Główna bohaterka co prawda kilka razy wspomina o czytanych książkach, ale to by było na tyle, niewiele autorka wspomina również o Le Gens, prowadzonej przez Diane i Felixa kawiarence literackiej. Jeśli szukacie książki o ludziach kochających kawę i książki to tu tego nie nie znajdziecie. Jest to opowieść o powolnym godzeniu się ze śmiercią bliskich osób i powrotem do "normalnego życia".
Głównej bohaterka Diane, na początku budzi litość, później bardziej już irytację, jednak najgorszą postacią wykreowaną przez Martin-Lugard był niesympatyczny sąsiad Diane, Edward. Jego wyjątkowo wrogie zachowanie wobec mieszkającej obok kobiety było bardzo dziwne. Najbardziej stereotypową postacią był korzystający z wszelkich uroków życia przyjaciel-gej Felix. Niestety ani bohaterowie, ani fabuła nie są najmocniejszą stroną tej powieści. W atmosferę zielonej wyspy też niestety nie zdołałam się wczuć. "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to książka przeciętna, nie wymagająca wielkiego skupienia i wysiłku intelektualnego.
wtorek, 8 października 2013
Jon Lee Anderson "Partyzanci. Walka w imię sprawiedliwości, pieniędzy i boga"
We właściwych warunkach partyzanci mogą się pojawić w każdym społeczeństwie.* (str. 11)
Nakładem wydawnictwa Wielka Litera ukazała się książka "Partyzanci. Walka w imię sprawiedliwości, pieniędzy i boga". Jej autorem jest Jon Lee Anderson reporter śledczy amerykańskiego tygodnika społeczno-politycznego "The New Yorker", dla którego relacjonował wojny w Afganistanie, Sudanie, Ugandzie, Izraelu i Salwadorze. Anderson jest również autorem obszernej biografii Ernesto Che Guevary.
Che Guevara partyzantów nazwał najwyższą postacią rodzaju ludzkiego. Według Andersona partyzantem jest każda osoba, kobieta lub mężczyzna, która ryzykuje życie, by zmienić stan rzeczy wszelkimi środkami, jakie ma do dyspozycji.* (str.20) W ciągu trzech lat, od 1988 do 1992 roku autor odwiedził pięć grup partyzanckich w różnych zakątkach świata. Swoją podróż rozpoczął w Afganistanie, gdzie gościł na zaproszenie ugrupowania mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi. Później udał się na tereny Sahary Zachodniej, by spotkać się z bojownikami Frontu Polisario walczącymi o secesję od Maroka. Kolejnym celem podróży była Birma, gdzie odwiedził partyzantkę Karenów. Czwartym celem podróży był Salwador i partyzanci lewicowego Frontu Wyzwolenia Narodowego im. Farabunda Martíego (FMLN). Ostatnim celem podróży był obóz dla uchodźców al-Burajdż w Strefie Gazy, gdzie Anderson odwiedził bojowników shabbab w czasie pierwszej intifady. Autor nie koncentrował się jedynie na poszczególnych grupach partyzanckich, ale starał się widzieć guerillę jako ruch globalny. Koncentrował się na rzeczach bliskich nam wszystkim, niezależnie od kraju pochodzenia - rodzinie, religii, prawu i pieniądzach. Ta książka to nie suchy zapis walk, ale również opowieść o ludziach, ich zmaganiach z codziennym życiem w czasie wojny, o tym dlaczego zdecydowali się sięgnąć po broń.
Jako latynoamerykanistkę najbardziej zainteresował mnie temat partyzantki salwadorskiej. Anderson nie podaje suchych faktów, ale pokazuje bardziej ludzkie oblicze rewolucji. Oprócz analizy mitów założycielskich i idei partyzantek podjął takie tematy jak, rodzina, seks i religia. Choć od wywiadów, które przeprowadził Jon Lee Anderson minęło ponad 20 lat, zmieniły się rządy i warunki polityczne to książka jest nadal interesującą analizą grup partyzanckich jako całości. Żałuję, że autor nie rozwinął posłowia - świetnym dopełnieniem do książki byłoby ponowne odwiedzenie tych miejsc i opisanie zmian - niestety tego mi zabrakło.
7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu:
Nakładem wydawnictwa Wielka Litera ukazała się książka "Partyzanci. Walka w imię sprawiedliwości, pieniędzy i boga". Jej autorem jest Jon Lee Anderson reporter śledczy amerykańskiego tygodnika społeczno-politycznego "The New Yorker", dla którego relacjonował wojny w Afganistanie, Sudanie, Ugandzie, Izraelu i Salwadorze. Anderson jest również autorem obszernej biografii Ernesto Che Guevary.
Che Guevara partyzantów nazwał najwyższą postacią rodzaju ludzkiego. Według Andersona partyzantem jest każda osoba, kobieta lub mężczyzna, która ryzykuje życie, by zmienić stan rzeczy wszelkimi środkami, jakie ma do dyspozycji.* (str.20) W ciągu trzech lat, od 1988 do 1992 roku autor odwiedził pięć grup partyzanckich w różnych zakątkach świata. Swoją podróż rozpoczął w Afganistanie, gdzie gościł na zaproszenie ugrupowania mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi. Później udał się na tereny Sahary Zachodniej, by spotkać się z bojownikami Frontu Polisario walczącymi o secesję od Maroka. Kolejnym celem podróży była Birma, gdzie odwiedził partyzantkę Karenów. Czwartym celem podróży był Salwador i partyzanci lewicowego Frontu Wyzwolenia Narodowego im. Farabunda Martíego (FMLN). Ostatnim celem podróży był obóz dla uchodźców al-Burajdż w Strefie Gazy, gdzie Anderson odwiedził bojowników shabbab w czasie pierwszej intifady. Autor nie koncentrował się jedynie na poszczególnych grupach partyzanckich, ale starał się widzieć guerillę jako ruch globalny. Koncentrował się na rzeczach bliskich nam wszystkim, niezależnie od kraju pochodzenia - rodzinie, religii, prawu i pieniądzach. Ta książka to nie suchy zapis walk, ale również opowieść o ludziach, ich zmaganiach z codziennym życiem w czasie wojny, o tym dlaczego zdecydowali się sięgnąć po broń.Jako latynoamerykanistkę najbardziej zainteresował mnie temat partyzantki salwadorskiej. Anderson nie podaje suchych faktów, ale pokazuje bardziej ludzkie oblicze rewolucji. Oprócz analizy mitów założycielskich i idei partyzantek podjął takie tematy jak, rodzina, seks i religia. Choć od wywiadów, które przeprowadził Jon Lee Anderson minęło ponad 20 lat, zmieniły się rządy i warunki polityczne to książka jest nadal interesującą analizą grup partyzanckich jako całości. Żałuję, że autor nie rozwinął posłowia - świetnym dopełnieniem do książki byłoby ponowne odwiedzenie tych miejsc i opisanie zmian - niestety tego mi zabrakło.
7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



