"Dożywocie" - książka, którą zna chyba każdy blogger książkowy, choćby ze słyszenia. Postanowiłam przekonać się w końcu o co chodzi w całym tym zamieszaniu. Już wiem dlaczego pierwszy nakład został wykupiony (i drugi chyba też) i wcale się nie dziwię. Dawno nie bawiłam się tak dobrze.
Konrad Romańczuk, młody pisarz, po nieznanym mu bliżej krewnym dziedziczy dom stojący w samym środku lasu. Swym rozklekotanym tico wyrusza do Lichotki by zapomnieć o pięknookiej Majce. Na miejscu czeka go niespodzianka. Stary, zbudowany w gotyckim stylu domek ma bowiem dość niezwykłych domowników, czy też raczej dożywotników. Przede wszystkim Licho - Anioł Stróż w bamboszkach i w koszulce z Myszką Miki o mentalności dziecka, cztery utopce, nieznośnie poetyckie widmo, czyli panicz Szczęsny, kochający gotować potwór z otchłani Krakers i różowy Rudolf Valentino. Lepiej nie mogło się zacząć, prawda?
Im dalej w las tym lepiej. Marta Kisiel rozkręca się ze strony na stronę, jej postacie budzą pokłady sympatii, nawet (a może zwłaszcza) Szczęsny, a dialogi skrzą humorem. Jest absurdalnie, sympatycznie i zabawnie. Pokochałam Lichotkę i jej mieszkańców i zdecydowanie chcę więcej!
