Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy nie gęsi II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy nie gęsi II. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 marca 2014

"Sezon burz" Andrzej Sapkowski

Wiele już napisano o najnowszym Wiedźminie. Jako zaprzysiężona fanka czuję obowiązek napisania choć kilku słów przemyśleń i wrażeń, które przyszły mi do głowy w trakcie i po lekturze najnowszej książki Andrzeja Sapkowskiego. "Sezon burz" nie jest kontynuacją cyklu wiedźmińskiego, ale można go nazwać prequelem ponieważ jego akcja została osadzona bezpośrednio przed wydarzeniami z pierwszego opowiadania o Geralcie pt. "Wiedźmin". Z najnowszą książką AS-a mam pewnie problem, bowiem lektura "Sezonu burz" była jak spotkanie z bardzo dawno niewidzianym przyjacielem. Z jednej strony cieszycie się ze spotkania i wspominacie stare dzieje, a z drugiej dzieli was kawał życia, odmiennych doświadczeń i wspomnień. Mnie ponowne spotkanie z Geraltem i spółką ucieszyło, ale nie czuję już chemii takiej jak przed laty.


Sapkowski zaczyna z przytupem. Geralt walczy z morderczym potworem, wdaje się w sprzeczkę ze strażniczkami w mieście Kerack, zostaje aresztowany, a w międzyczasie ktoś kradnie jego miecze (!) O tak, nasz znajomy wiedźmin daje się okraść...Jakby kłopotów było mu mało zostaje wplątany w intrygi czarodziejów i następców tronu króla Kerack. Ale, ale! To jeszcze nie wszystko, bo Geralt nawiązuje romans z Lyttą Neyed, czarodziejką, zwaną Koral, która to była kobietą, z którą tylko kompletny idiota mógłby chcieć związać się na dłużej niż dwie doby.* Czyli u wiedźmina z Rivii wszystko po staremu.

Pióro Andrzeja Sapkowskiego nie straciło na ostrości przez te kilka lat. Nadal pisze świetnie, z lekkością i specyficznym humorem, tak lubianym przez jego fanów. Niemniej jednak fabuła "Sezonu burz" wydała mi się chaotyczna, jakby złożona z kilku połączonych ze sobą opowiadań, ze średnio ciekawym głównym wątkiem. Sprawa ukradzionych mieczy - no cóż nie spodziewałam się tego, że Geralt, tak łatwo da się okraść.Choć książkę czyta się bardzo dobrze, to ja niestety klimatu wiedźmińskiego już nie poczułam.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań Czytam fantastykę, Polacy nie gęsi II, Z półki. "Sezon burz" znalazł się również w stosie książek, które zaplanowałam przeczytać  tym roku. Tu

niedziela, 16 lutego 2014

"81:1. Opowieści z Wysp Owczych" Marcin Michalski, Maciej Wasielewski


– W czym Wyspy Owcze są wyjątkowe, oprócz tego, że w codziennej gazecie można znaleźć adresy zamieszkania polityków, a na rozkładówce fotoreportaż o dzieciach bawiących się na śniegu?
– Jest mnóstwo takich rzeczy. Obowiązkowe ubezpieczenie od kolizji drogowej z owcą. Drugoligowa drużyna piłkarska lecąca na mecz helikopterem. Kwiaciarnia i poczta otwarte godzinę dziennie. Taksówkarz, który jedzie czterdzieści kilometrów na godzinę, mówisz mu, że zależy ci na czasie, a on przyspiesza do czterdziestu pięciu. Czteroletnie smyki zanurzone po pas w oceanie w marcu. Wymieniać dalej?
– Nie sądzisz, że wybieramy trochę tendencyjnie największe jaskrawości?
– A czy cokolwiek, o czym mówiliśmy, jest nieprawdą?



Wyspy Owcze, archipelag wysp na Morzu Norweskim, stał się celem wyprawy dwóch młodych reporterów - Marcina Michalskiego i Macieja Wasielewskiego. Zbiór opowiadań o wyspach i jej mieszkańcach - Farerach otwiera anegdota o pewnej młodej Farerce Johannie, która okradziona z pieniędzy i paszportu udaje się na madrycki posterunek policji. Tam, ku jej zaskoczeniu i przerażeniu, hiszpański posterunkowy nie wierzy w istnienie tego maleńkiego kraju... Ile wiedziałam o grupie wysepek leżących między Szkocją, Islandią i Skandynawią przed lekturą tej książki? Pewnie tyle samo co on.

Wyspy Owcze to osiemnaście maleńkich wysepek pozostających pod jurysdykcją Danii. Mieszka na nich niecałe 50 tys. ludzi, głównie rdzennych Farerów, ale także Duńczyków, Amerykanów, Brytyjczyków, a nawet Polaków. To głównie o nich i ich życiu piszą Michalski i Wasielewski. Dwójka autorów napotyka na wielu życzliwych i interesujących ludzi, dzięki którym odkrywają historię i kulturę tego kraju. Wyspy Owcze to miejsce, gdzie wszyscy, lepiej lub gorzej, ale się znają i są od siebie zależni. To kraj o najwyższym wskaźniku dzietności w całej Europie, miejsce, gdzie nie zamyka się drzwi na noc, a mieszkańcy mają hopla na punkcie piłki nożnej. Autorzy świetnie mieszają anegdoty z poważniejszymi rozważaniami dzięki czemu książka nie jest nudna. Serdecznie polecam każdemu kto poczuł się choć odrobinę zainteresowany Wyspami Owczymi. Dowiecie się dlaczego Farerowie polują na grindwale, czym jest czarniak, dlaczego na Wyspach Owczych nie rosną drzewa i wiele, wiele innych rzeczy.

Are you ready to go to Faroe Islands? Yes, I am.

7/10 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik i Polacy nie gęsi II.

sobota, 4 stycznia 2014

"Eli, Eli" Wojciech Tochman

Setki butów Imeldy Marcos - z tym kojarzyły mi się Filipiny przed lekturą "Eli, Eli" Tochmana. Poza tym niewiele więcej wiedziałam o tym kraju - Filipiny - była kolonia hiszpańska i kraj, w którym co roku na Wielkanoc ochotnicy biczują się i są krzyżowani. Reportaż Tochmana uświadomił mi, że jest to też państwo, które jest światowym eksporterem niewolnic, a połowa przyjeżdżających na wyspy to sekstutyści.

Wojciech Tochman wraz z Grzegorzem Wełnickim zabierają nas do Onyksu, slumsu w wielomilionowej Manilii, stolicy Filipin, gdzie ludzie żyją w skrajnych warunkach, najbiedniejsi na cmentarzach. Bohaterami tej opowieści są m.in. Josephine Vergara (Ate Yo), cała pokryta guzami, cierpiąca na nerwiakowłókniakowatości, Edwin N. mieszkaniec Onyksu organizujący wycieczki po slumsie dla zagranicznych turystów, Pia i Buboy - dzieci mieszkające w cuchnącej szafie, Angelina żyjąca wraz z dziećmi na cmentarzu, a także wielu innych. Autor prosto z mostu pisze o wszechobecnej biedzie, przemocy i seksturystyce. Na blurbie możemy przeczytać, że kto przeczyta "Eli, Eli" już nigdy nie będzie podróżował tak samo i w pewnym sensie to prawda, bo Tochman obnaża wszelkie mechanizmy nowoczesnej turystyki.

Niezwykłym dodatkiem do książki są piękne fotografie Grzegorza Wełnickiego. Piękne, artystyczne, ale ukazujące brud, syf i nieszczęście mieszkańców. Najbardziej intrygujący zdjęciem z książki była "Josephine z perłą" - portret kobiety-drzewa stylizowany na "Dziewczynę z perłą" - obraz XVII siedemnastowiecznego holenderskiego malarza Jana Vermeera. Jednych może oburzać to zdjęcie i sposób w jaki jego autor wykorzystał portretowanych, innych być może brzydzić, ale mi argumentacja fotografia wystarcza. Wełnicki twierdzi, że zdjęcia zrobił, by Jo choć raz poczuła się piękna. I ja, być może naiwnie, mu wierzę.*

"Eli, Eli" przyprawia o ból zębów, sprawia, że dłonie zaciskają się w pięści. Ta książka fizycznie boli i przeraża. Co ważne, nie jest to kolejny reportaż o biedzie, Tochman pokazuje, nam nas samych, nasze miejsce w tym świecie - bogatych europejskich turystów, pstrykającym zdjęcia i odwracającym się od nieszczęścia plecami. Nawet, my czytelnicy jesteśmy tego częścią, nawet on reporter bierze w tym udział. Mocna rzecz.

7.5/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi II

*http://www.wiadomosci24.pl/artykul/grzegorz_welnicki_jedyne_co_potrafie_to_robic_zdjecia_wiec_krzycze_dzieki_temu_medium_287717.html